Nie dziwię się, że większość z nas zrobiła z chrześcijaństwa sposób na walkę z lękiem dotyczącym śmierci i końca. Nie dziwię się, że nasze modły na koniec roku i początek kolejnego kręcą się wokół naszych lęków, a nie Boga. Nie dziwię się, że w takim klimacie wielu z nas ‚sprzedaje’ innym Ewangelię strachu i dodaje: „tylko Matka Boża Fatimska może nas uratować”. Przed czym? Przed śmiercią? Ona jest naturalna. Przed końcem świata? W sensie fizycznym, on ma swoje ograniczenia.
Może, wraz z początkiem kolejnego roku, warto wrócić do nadziei przyjścia Pana i wielkiego pragnienia tego przyjścia? Może warto przestać wierzyć w religię wiecznego – utopijnego – życia na ziemi, a wyciągać dobro z każdego dnia, w tym również z tego dnia, który nazywamy trudnym? Może czas uwierzyć Bogu i przestać modlić się o przetrwanie – jak najdłuższe – na ziemi, a bardziej tracić czas na modlitwę, podczas której będziemy patrzeć z Bogiem na naszą codzienność, by uczyć się odnajdywania Jego śladów w naszej codzienności, co będzie skutkowało tym, że w końcu uwierzymy, że On jest Bogiem z nami na serio.
Może warto uwierzyć nadziei, że Bóg nie jest jednak ograniczony naszą śmiercią i również po drugiej stronie będzie okazywał nam swoje nieskończone – przecież – Miłosierdzie. Może warto obudzić nadzieję, że On, nie łamiąc naszej wolnej woli, przyciągnie nas wszystkich do Siebie? On naprawdę jest większy niż nasze, nawet najbardziej, logiczne myślenie, w którym jedno wypływa z drugiego i jest ostateczne.
Moja propozycja na ten rok jest taka: przestańmy żyć w poczuciu winy, a zacznijmy kochać siebie, człowieka i Boga. Człowiek, który kocha, ma świadomość tego, że czasem robi źle (serio – zgrzeszyć ciężko nie jest tak prosto), ale dalej miłość jest motywacją do zmiany, a nie strach. Może warto na osobistej modlitwie, w tym roku, demaskować strach, ale nie po to by się w niego wpatrywać, ale by zastępować go miłością, która jako jedyna ma moc zmiany. Warto, może w tym roku demaskować te wszystkie moment, w których odczuwamy podskórny lęk przed powodzeniem, bo boimy się, że albo będziemy musieli zaraz za to zapłacić, albo może nas to sprowadzić na manowce.
Powrót do modlitwy o szybkie nadejście Pana, nie jest sekciarskim myśleniem, zamykającym na życie. Wręcz przeciwnie – stajemy się czujni, chcemy czas wykorzystać, to on staje się narzędziem w naszych rękach, nie my w jego.
Szukajmy Pana, nie strachu i zła (w sobie i świecie).
http://grzegorzkramer.pl/upragniony-koniec/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz