Jeśli jestem gościem, który lubi gadać o tym, jaki zły jest szef, jak wszystkim nie pomaga, jak to strasznie pod nim pracować, jaki ten, czy inny człowiek jest straszny, to widzę, że to wypływa z tego właśnie. Przestaję opierać swoje tu i teraz na Ojcu. Szukam w drugim człowieku, który z definicji swojej nie może tego zrobić, oparcia i rozwiązania wszystkich swoich problemów. Wymagam od drugiego człowieka czegoś, co może dać tylko Bóg. Tracę dystans, bo tylko On może być tego źródłem. A skoro zaczynam odczuwać do Niego lęk, przestaję Go widzieć jakim jest, zaczyna się kombinowanie.
Mam trwać w Nim, by nie grzeszyć, by nie usychać bez soków. Kurde, jakie to proste. Nie wyłączać wtyczki i trwać w źródle, nie musieć kombinować, oglądać się za kimś innym, budować na kimś innym. Grzech (jakikolwiek by on nie był) jest naprawdę najmniejszym problemem. To, co najważniejsze umyka nam w naszej religijnej księgowości. Trwać w kimś. Być z nim scalonym, stać się jednym ciałem, myślą, pragnieniem, spełnieniem. Tu zaczyna się grzech, że chcemy tego z kimś innym.
http://kramer.blog.deon.pl/2015/05/07/trwajcie/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz